preloader
Menu

Blog

cd781136-ea8c-476e-804e-9ab90f59aea2_830x830.jpg

Fragment książki 'Bieszczady w PRL-u'

02 Maj 2016
Autor: WypoczynekBieszczady.pl

Jeden szedł za drugim, bo widział, że tamtemu się polepszyło: zbudował nową stodołę, kupił krowę, pustaki na dom. Pakował więc walizę i jechał w Bieszczady. Spał na pryczy, mył się w potoku, załatwiał w wychodku. Ale jak brał wypłatę, miał co na ręce zważyć.

Największym problemem bieszczadzkich zakładów budowlanych od lat pięćdziesiątych do późnych siedemdziesiątych był notoryczny brak rąk do pracy. Szerokie plany inwestycyjne powodowały, że robotę mógł tu znaleźć każdy, kto tylko umiał trzymać łopatę i powozić taczkami. Po całym Podkarpaciu jeździły więc specjalnie wydelegowane grupy, których jedynym zadaniem było skuteczne namówienie rolników, rzemieślników, a najlepiej fachowców z różnych dziedzin budownictwa, do podjęcia pracy w Bieszczadach. Werbunek odbywał się głównie po wsiach i trzeba przyznać, że odnosił zamierzony cel. Nic dziwnego, skoro nawet prosty chłop, nierzadko z niepełną podstawówką, potrafił sobie policzyć, iż za miesiąc roboty na górskich drogach zarobi co najmniej dwa razy więcej niż gdzie indziej.Kiedy region podkarpacki przemierzono już wzdłuż i wszerz, i kiedy pozyskano setki ludzi, grupy werbunkowe ruszyły dalej – w Lubelskie, Krakowskie, Nowosądeckie. Wraz z przybyciem delegatów momentalnie roznosiły się wieści o bajońskich sumach, jakie można zarobić przy zagospodarowywaniu Bieszczadów. Niektórzy werbunkowi byli na tyle przekonujący, że w pojedynkę potrafili nakłonić do czasowych przenosin w góry nawet kilkadziesiąt osób. Zazwyczaj były to osoby żyjące na co dzień marnie, ledwo wiążące koniec z końcem. Dlatego też większość robotników przyjeżdżało w Bieszczady bez grosza przy duszy, jedynie z tobołkiem zapasowych ciuchów i spakowanym przez zapobiegliwe żony i matki prowiantem, najczęściej wekowanym smalcem z cebulą, swojskim serem i soloną słoniną. Niemało było wśród nowych nabytków także osobników uciekających jak najdalej od rodzinnego miasta i wsi ze względu na różnorakie spory, posądzenie o niechciane ojcostwo lub ciężkie pobicie, kryjących się przed milicją i wymiarem sprawiedliwości, wreszcie ludzi niemogących nigdzie na dłużej zagrzać miejsca – nieoglądających się na wczoraj, nie wypatrujących jutra, żyjących wyłącznie tu i teraz.O ile pracowników umysłowych zatrudniała dyrekcja zakładu, to fizyczni nie musieli się tam fatygować. Ich wpisywano do ewidencji w jednostkach terenowych. W ZBL było takich trzynaście, głównie kierownictwa robót drogowych, robót budowlanych, produkcji pomocniczej (np. tartaki, kamieniołomy). Do przyjęcia się wystarczał dowód osobisty, ale dobrze było mieć także jakiś papierek poświadczający zdobyte kwalifikacje. Był on potrzebny do ustalenia grupy zaszeregowania w siatce płac, tak więc kto tylko mógł, o taki dokument się starał, nawet jeżeli miał być tylko fałszywką. Nikt z kierownictwa głębiej nikomu w metrykę nie zaglądał, nie pytał za bardzo o przyczyny nagłej chęci podjęcia pracy na bieszczadzkich bezdrożach. Nowi pobierali z magazynu drelichowe ubrania, gumiaki, trzewiki, kilofy, łopaty, piły, kielnie. Przydzielano im kwaterę, łóżko i komplet pościeli, a także nierzadko zaliczkę na przeżycie pierwszych tygodni, którą później potrącono z wypłaty. (...)Ale nie wszyscy doczekiwali tego pięknego dnia, kiedy z zakładowej centrali przyjeżdżała kasjerka i wyliczała stówka po stówce zarobioną pensję. Średnio raz w miesiącu na budowach zjawiał się funkcjonariusz MO, wyjmował z raportówki kajet i zapisywał skrzętnie nazwiska ostatnio zatrudnionych. Potem ten wykaz porównywano z bazą osób poszukiwanych i ściganych, i już wszystko było jasne. Czasami zabierano takiego namierzonego faceta wprost z budowy do milicyjnej suki, a czasem to facet okazywał się sprytniejszy i, czując zbliżające się kłopoty, dawał nogę gdzieś w Polskę.Wielu, zrażonych trudnymi warunkami bytowymi i harówką ponad siły, albo też targanych tęsknotą za rodziną, porzucało tę robotę w tydzień po jej rozpoczęciu i często umykało z niegościnnych gór cichaczem, bez słowa wytłumaczenia, a co gorsza – rozliczenia się z pobranych narzędzi, odzienia i zaliczki.I wtedy do akcji wkraczał zakładowy dział kontroli wewnętrznej, coś na wzór firmowej komórki bezpieczeństwa, który poza inwigilowaniem kierowników budów podejrzewanych nieustannie o łamanie przepisów i ciemne interesy, każdą sprawę nierozliczania się pracowników z firmowego sprzętu lub zainkasowanych kwot kierował do sądu. Sąd w Ustrzykach Dolnych był zasypywany doniesieniami w powyższych kwestiach – tak często, że dwa dni w tygodniu przeznaczał wyłącznie na rozpatrywanie spraw wpływających z działu kontroli wewnętrznej Zarządu Budownictwa Leśnego, największego w tym czasie przedsiębiorstwa budowlanego w Bieszczadach. Szef owej kontrolnej komórki, podobno usunięty karnie z wojska major o ciekawym życiorysie, ale paskudnym charakterze, a także o wybujałym poczuciu swej ważności, kreował się niemal na zbawcę ZBL. Nieustannie głosił zaprowadzenie w firmie wzorowego porządku, lecz skutek jego działań był przeważnie taki, że zyskiwał coraz to nowych wrogów. Uważany był powszechnie za pospolitego dręczyciela szukającego haków wszędzie i na wszystkich, byle przypodobać się dyrekcji oraz kolegom z organizacji partyjnej.

– Dyrektor ZBL Tadeusz Gołębiowski wprawdzie podpisywał wnioski słane do sądu, ale im było ich więcej, tym robił to oporniej – opowiada Witold Augustyn. – Szereg było kompromitująco śmiesznych, a niekiedy nie opierały się one na prawdzie, lecz wynikały z pomyłki lub bałaganu. Kiedyś zostałem posądzony o sprzedanie na lewo wywrotki piasku do Przedsiębiorstwa Budownictwa Rolniczego. Kierownik działu kontroli obciążył mnie za to odpowiednią kwotą i dodatkowo, jakżeby inaczej, napisał do sądu. Wpieniłem się, oznajmiłem, że nie zapłacę grosza. Na trzeciej rozprawie sędzia mówi do mnie: „Panie Augustyn, ja już nie mam siły, zapłać pan, bo inaczej wyciągnę pieniądze ze swojego portfela, byle tylko zamknąć wreszcie tę sprawę”. Tak mnie ten sędzia ujął, że w końcu zgodziłem się zapłacić karę, choć w ostateczności do tego nie doszło, bo w międzyczasie odnalazła się faktura, na której był wypisany ten piasek. Ktoś ją szurnął między stos papierów, a nadgorliwy kontroler od razu uznał, że okradłem zakład.
 
Podobne pomyłki zdarzały się częściej, a w wielu przypadkach sąd sprawy umarzał, bo nie było się o co bić. Kto by ścigał jakiegoś chłopinę spod Rzeszowa albo spod Gorlic, który pobrał w magazynie sztychówkę, a potem nagle się ulotnił – Przecież nikt narzędzi nie wiózł pekaesem do chałupy, tylko porzucał. Choć popularne było wtedy powiedzenie „bez kawałka złomu nie wracaj do domu” – mówi Augustyn. – Ale dla kierownika działu kontroli wszystko było przestępstwem. Wszystkich chciał rozliczać i karać, miał takie zboczenie, może wyniesione z wojska?

Nieustający fizyczny deficyt kadrowy w bieszczadzkiej gospodarce (a jednocześnie przeładowana administracja) był jednym z powodów wspomagania się w tej materii żołnierzami z jednostek Ochrony Terytorialnej Kraju (OTK), więźniami osadzonymi w bieszczadzkich zakładach karnych, junakami z Ochotniczych Hufców Pracy czy nawet harcerzami biorącymi udział w operacji „Bieszczady ‘40”. Jeżeli ci pierwsi mieli rzeczywiście niemal wyłącznie pracować, to harcerzom stworzono także możliwość wypoczynku, poznawania gór, zdobywania kolejnych stopni sprawności i uczenia się samodzielności. Gdzieś między tym wszystkim było miejsce na grupową i osobistą pomoc w budowie lepszej socjalistycznej ojczyzny: praca na roli, przy sadzeniu drzew, przy budowie dróg i osiedli. W połowie lat siedemdziesiątych młodzi ludzie w zielonych mundurkach stanowili już stały element bieszczadzkiego krajobrazu. Kolejne stanice powstawały jak grzyby po deszczu, zawiązywała się współpraca hufców z kierownictwami budów, wspólnie podejmowano rozmaite zadania i wzajemnie się wspierano. Czasami poszczególne stanice organizowały wieczory kultury, śpiewając piosenki (turystyczne i patriotyczne). Na owe przedstawienia nie zapraszano zwykle całej załogi kierownictwa, lecz tylko jej trzon. Późnym wieczorem, kiedy młodzież już spała, dokładano drewna do ogniska i rozpijano z harcmistrzami parę flaszek czystej.

Na prowadzonych przez ZBL budowach rokrocznie w sezonie wakacyjnym pomagało kilka grup harcerzy. Mieli stanice między innymi w Wołosatem, Dwerniczku, Nasicznem i Suchych Rzekach, blisko baz zetbeelowskich, tak więc bez większego trudu w każdej chwili można ich było szybko przetransportować na plac budowy. Przydzielano im zazwyczaj prace porządkowe, ale zdarzało się, że co niektórzy, lepiej rozwinięci fizycznie, wyrywali się do cięższej roboty, jakby chcąc pokazać, jacy są już mocni i dorośli. Na to jednak nie było przyzwolenia, poza tymi nielicznymi przypadkami, gdy prace były krótkotrwałe, nie nadwerężały zbytnio nastoletniego zdrowia i prowadzono je w obecności majstra lub kierownika. – Osobiście bardzo sobie ceniłem pomoc harcerzy – wspomina Witold Augustyn. – Jakoś było nam weselej wśród młodych; powiedziałbym nawet, że moi robotnicy chętniej i wydajniej pracowali, a przy okazji musieli się kąsać w język, żeby zanadto nie rzucać wulgaryzmami, które na co dzień stanowiły główne menu ich konwersacji. Aż dziwnie było słuchać, jak Józek mówił do Zenka „przybij dobrze ten gwóźdź”, zamiast zwyczajowego „przypierdol mu jak trza”.

– A mnie się ta harcerska służba na budowach nie podobała – kręci głową Rudolf Krasulak, kierownik zetbeelowskiej placówki w Zatwarnicy. – Co innego junacy, już dorośli młodzi mężczyźni, a co innego trzynasto-, piętnastoletni uczniowie. Ani nie można było dla nich dobrać odpowiednich rozmiarów butów, ani odzieży. W dodatku ciągle istniało niebezpieczeństwo, że w trakcie pracy zrobią sobie krzywdę. Zazwyczaj więc pętali się trochę bez ładu i składu, przewalali kamienie, coś tam sprzątali, ale więcej przeszkadzali, niż byli użyteczni. Wiem, że na akcji „Bieszczady ‘40” bardzo zależało premierowi Jaroszewiczowi, ale plan harcerskiego wkładu w budowę dróg był zupełnie oderwany od rzeczywistości. To była typowa propaganda, chęć pokazania, jak to młodzież spod znaku ZHP wylewa siódme poty dla rozwoju Bieszczadów i jak społeczeństwo jest im za to wdzięczne.

Naczalstwo każdego obozu musiało wykazywać przełożonym wartość wykonanych przez harcerzy robót. Takie rozliczenie przygotowywał kierownik danej budowy Żeby było nieco naciągnięte, czyli na plus dla harcerskiej braci, po rachunki przyjeżdżały zazwyczaj najbardziej urodziwe instruktorki. – Przy ich uśmiechach i zalotach miękło serce, toteż zdarzało się, że drżącą z emocji ręką, spoglądając z ukosa na odsłonięte kolana harcerek i pamiętając, że w PRL-u można wyolbrzymiać wszystko, nader chętnie zaokrąglałem sumy, stosując zasadę długiego ołówka – śmieje się Witold Augustyn. – Po takim prezencie wdzięczni harcerze zapraszali na ognisko z pieczeniem barana, gdzie wprawdzie młodzież do osiemnastego roku życia ognistego płynu nie spożywała (przynajmniej oficjalnie), za to ich opiekunowie z lilijkami w klapach dawali w szyję nad wyraz ostro, wlewając gorzałę w gardło nie kieliszkami, lecz szklankami. Ale czy mogli inaczej? W Bieszczadach z kieliszków mało kto pijał, za to królowała wielofunkcyjna musztardówka, równie dobra do herbaty, jak do wódki. W takie noce śpiew odbijał się od gór nader długo i milkł dopiero o brzasku.

– U mnie harcerzy nie było, za to miałem do czynienia z żołnierzami i więźniami – opowiada Józef Ruszelak, szefujący bieszczadzkim budowom od początku lat sześćdziesiątych. – Wojacy byli w porządku, ale ze skazanymi musiałem uważać. Niektórzy kradli, inni byli znowu agresywni wobec stałych robotników. Raz, kiedy budowaliśmy drogę z Ustrzyk Górnych na Rozsypaniec, obstawili mnie ostrzyżeni na zapałkę młodzieńcy i zażądali papierosów. Wtedy paliłem, więc wyciągnąłem paczkę i częstowałem, ale te kilkanaście fajek rozebrali w trzy sekundy. Podejrzewali, że mam więcej, tylko nie chcę się już dzielić, i wtedy jeden mówi do mnie tak: „Panie kierowniku, my tu sobie pracujemy, nie mamy dużych wymagań. Ale jak robiliśmy pod Przemyślem, to tamten kierownik nie był dobrym człowiekiem… No i skończył z połamanymi żebrami w szpitalu…”. Oni mi dali do zrozumienia, że jak im czasem coś odpalę, papierosy albo herbatę, to będą spokojni, a jak się zacznę stawiać, to oberwę. Ciarki mnie przeszły, ale ostatecznie po zakończeniu budowy rozstaliśmy się w pokoju. Bodaj dwa lata później do pracy w Ustrzykach Górnych skierowano czterdziestu świeżo wypuszczonych po amnestii. Długo nie porobili. Którejś nocy kilku włamało się do sklepu, a rano już ich miała milicja. Potem paru następnych coś nawywijało, wdali się w bójkę z turystami i wrócili za kraty.

*Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Bosz

Zapoznaj się z regulaminem, jasne zasady wynajmu domków, przejrzyste warunki użytkowania

Domki, noclegi, Bieszczady, Ośrodek "Na Zakręcie"

Opinie

Beczki noclegowe - nowa forma noclegu

Posiadamy dwie beczki wykonane ze świerku syberyjskiego - przerobione na sypialnie


Czytaj więcej